Strona główna Expressu Bydgoskiego
Strona główna Nowości

Blog kobofordbyd

Blog kobofordbyd
widzę myślę jestem

Brudna szklanka…

marzec 10th, 2010

Zaiste różne są meandry zachowań ludzkich, kobiecych zwłaszcza. Ot nie dość że zmienną ci jest, to jeszcze nieobliczalną w swym sadzie i osądzie. Tak w ramach reminiscencji po sławnym ósmym marca.

Sąsiad sąsiadki i sąsiada, przeżył ci pewnego razu, mały domowy hororek, powodem była nad interpretacja faktu niedomytej szklanki. Doprawdy słuchając tego, rozum się pocił z wysiłku, chcąc to racjonalnie ogarnąć. Wspomniany ci sąsiad swego sąsiada, ma ci a jakże czemu by nie , żonę - żona jak żona, żadna rewelacja ot kobieta właściwie… tyle tylko że wysoce podejrzliwa, zaborcza i pazerna na swą wyłączność do ciała i duszy swego męża.

Ano stało się, dnia zresztą ładnego i wiosennego, że kilka kolejnych dni swego urlopu, mąż swej żony spędził na podróży, tej popularnej obecnie, bo pstrykając jałowo po kolejnych kanałach telewizji kablowej- tak dzień po dniu - czekając na powrót swej połówki z pracy. Onaż ci była mocno zniesmaczona takim urlopowaniu- toż to granda żeby chłop tak nygusował - cóż on robi  naprawdę, gdy mnie niema w domu, pewnie łazi do innej  baby !!
Od myśli do słowa i  uwagę wyostrzyła, każdą zmianę złowieszczo tropiła. Wraca ci ona do domu - maż cmok cmok zrelaksowany ją wita - wszak sobie miło w ciszy urlop spędza, właśnie o rybkach sobie obejrzał - obiadek żonce podaje i wraz zajadają. Co on taki hepi ?- myśli sobie żonnka - patrzy wkoło - koniec objadu i mycie naczyń - ha tu cię mam !

Okiem błyszczącym, głosem  drżącym z gniewu - co to jest? - ta druga brudna niedomyta szklanka ! - kto tu był ! - no tak gościłeś tu jakąś zdzirę ! - nawet po sobie nie umiesz posprzątać ! - nie dotknę tego - bach i brudna szklanka trach o podłogę - lament , krzyki, pretensje, potok hipotez bez pokrycia, od lamentu i łez do miotania obelg… sąsiad zupełnie zbaraniał - wręcz oniemiał patrząc, słuchając  tego wszystkiego - alez moja droga , czy mogę coś powiedzieć - nie , ja już wszystko teraz wiem - oszukajesz i zdradzasz mnie !- teraz to dowodnie mam pewność - to istne szaleństwo bezpodstawne - rzekł on ci mąż - poszedł ci w kąta odczekać burzę domowa - nie przypadkiem wszelkie tajfuny , tornada mają dane imiona damskie- zaiste trafne skojarzenia..

Późną porą wieczorną, to ta pora do snu i dzielenia łoża… On ci spokojnie rzekł: moje ty kochanie, stłukłaś swą ulubioną  szklaneczkę - w niej tylko zawsze pijasz swą „kawusię ” pól na pół - to zaiste nie moja wina, że zapomniałaś ją rano  dobrze umyć - ja tego nie robię i nie zrobiłem - wszak od twych ulubionych rzeczy mi wara ! - tak zawsze mówisz - ja to czynie zgodnie - dobranoc, lulu … trochę kpiąco powiedział i sobie zasnął snem sprawiedliwym… ona długo nie - wszak nurtowało ją już pytanie: gdzie ja znajdę taką nowa szklaneczkę?! A że  trochę przesadziłam, cóż - mogło wszak tak być jak mówiłam i przypuszczałam ! to jego i tak wina !

I niech powie ktoś mi/nam , nadążysz za myśleniem kobiety ? - nigdy w życiu ! Co byś nie zrobił i uczynił - dobrze czy źle -  interpretacja zależy od jej humoru lub dnia -  nie podlega dyskusji, ani racjonalnemu wytłumaczeniu.
……………………………………………………..

bk.

Stopnie luksusu…

marzec 9th, 2010

Nie nie , to dosłownie żaden wywód na zadany temat. Ot zasłyszane takie ni żart , ni stwierdzenie. Cóż chodzi z tym luksusem po polsku zresztą , może i w ogóle także.

Bo gdy padnie pytanie o luksus, to niejeden się rozmarzy: ech dla mnie jacht - inny mamony po pachy - domek na wsi - leniuchowanie cały dzień - to te materialne głównie… pytamy o ogólną definicje i słyszymy, że  są trzy stopnie tegoż błogostanu wyczekiwanego.

PIERWSZY: to taki, gdy posiadamy co najmniej jedna willę z jednym basenem, mini kortem, daczę na mazurach , mercedesa, jednego służącego , żonę i jedną kochankę.

DRUGI: to taki, gdy posiadasz co najmniej dwie wille z niebieskimi dużymi basenami, kort z polem golfowym, kilka bajer wypas samochodów, kilka dacz od gór po morze, służących, trzecią żonę no i co najmniej dwie kochanki.

TRZECI stopień: to taki, masz swoje zdanie - nic poza tym

Sami sobie zadajmy pytanie, żart czy prawda życia? Na jakim jesteśmy etapie i co jest ważne i najważniejsze.

.
…bogdan&ko…………………………………

mądrzy ci co znają swą drogę

błądzący wszak

męczą się po bezdrożach

……………………………..

na ringu zawsze dwóch przeciwników

Ja i On

……………….
wygrany bierze laur

przegrany śmieci

………………………………….

radość bez weselenia niemożliwa

jak smutek bez kiru

bk………………………………………..

Bajka o nie kocie…

marzec 3rd, 2010

Był sobie kot nie kot, miauczał jak dachowiec, prężył się jak król lew. Żył sobie , cóż miał zrobić skoro się urodził, skromnie bo skromnie lecz i dumnie zarazem. Inne sierściuchy miały go za nic , takie zupełne zero nul kwadrat. On nic na to i dalej grzał się na słoneczku, liczył gwiazdy nocą, jak musiał to i a jakże, myszą kota popędził - no bo mores musi być , tako żołądek także pełny. Wszelako choć za nic miał pokusy świata, na jego zaczepki nie odpowiadał, bo i po co, czasami miewał chandrę i pytał los co mu  jeszcze da. A los jak to los , cicho był i swoje robił lub nie.

Zgniewało to w końcu  nie kota - cóż to - wszak tak mało w ogóle chce - to i o przyszłości nie może wiedzieć - a tu masz, los ci jego, głuchy jak pień i struga głupca, że to nie on decyduje, tylko jego braciszek ślepy los - toż to granda i potwarz wręcz - jeden na drugiego zgania, a ja nie mam odpowiedzi, co jutro , po jutrze - kiedy - dlaczego tak -na co - po co jestem - czego chcę i chciałbym - mogę czy nie mogę biegiem życie brać - a tu cisza psia mać ! Tak sobie prężył swój giętki grzbiet , tako pomyślunek wytężał w gniewie swym - ja ci pokażę - sam sobie swój los poprowadzę.

Tako po dziś dzień, swego losu sam szuka, do drzwi niejednych puka , szuka , gubi , tworzy i znajduje  kolejne utrapienie ; jestem tu , taki sam i się nie zmienię. Próżny trud i praca, co ma być i tak będzie. Na nic duma i chęć samostanowienia, to co nam dane teraz czy później, wybory dokonane, nie sposób sterować tym co nieprzewidywalne.  Tako nie kocisko, strudzone do cna, sobie dalej pomyka i już o nic nie pyta.

…bk…………………..

do bosej stopy, nawet ostrogi pasują

……………

oset czy róża, zwykłe i piękne - równo dotykiem boli

…………..

pod śniegiem, nawet ziemia śpi

………………

kruk krukowi oka nie wykole

człowiek człowiekowi zawsze

……………

bolesne myślenie - pytania bez odpowiedzi

…………..

gwiazdy kosmosu nie zapominają, że są

ty jutro  nie wiesz, jak masz na imię

bogdan&ko……………………………………………..

Następny dzień…

marzec 1st, 2010

Dalej noc i znów dzień i tak co dzień, lecą minuty i godziny… siwy włos i coraz nowe zmarszczki, nowe maski w jednym tle. Dobrze czy źle - życie toczy sie - chcemy czy nie - ono sobie „mknie”.

I jak tu by optymistycznie, gdy zastój, marazm na całego. Pytanie krewniaka: no jak ci, akumulatory naładowałeś ? Wszak u wód byłeś , wypocząłeś i dawaj z wiarą, siłą brać trudności za łeb i ciach po kłopocie! O nie, to tylko teoria stereotypu, rzeczywistość skrzeczy prozą toporną, stoimy w miejscu- co przed nami? - ano nie widać ani słychać - tyle i aż tyle wiadomo - reszta to bełkot niemocy.

Małe światełko, to głos -  rozmowa mała - proste słowa , pytania , sądy i otwarcie nowo poznania, obserwacja i podziw nowego życia - to mój wnuk. Jestem cielęco zadziwiony jaki to rezolutny sześciolatek, jak na zupełnym luzie chłonie nowinki tych czasów tj. obsługę komputera, internetu, jak kojarzy i się szybko tego uczy. Zaiste pobił mój rekord w poznaniu pisania i czytania, zalicza „zerówkę „, a już ze sobą piszemy na GG czy Skype.To jedno.

Inna rzecz -, gdy zupełnie rozsądne i dociekliwe zadaje pytania, zaiste trzeba dużej uwagi aby jasno udzielić odpowiedzi - zmieszanie  gdy pytania kłopotliwe i odpowiedz nieprosta. Jak wytłumaczyć dziecku małemu : dziadek- to Twój syn jest moim tatą ?- tak - dlaczego on mnie nie lubi i mnie nie odwiedza ? - pewnie jest durny? … zaiste dłonie i głos drży, aby to jasno i czysto wytłumaczyć . Bo jak wytłumaczyć, usprawiedliwić brak uczucia i zawiłość miłości rodziców, która zeszła ze swej wspólnej drogi życia. Pozostał ON ich syn, zabrakło ich razem, owoc świadectwo ich miłości pyta smutnie , dlaczego tak jest ? Godzi się ze stanem jaki jest, wyjścia nie ma, jest za słaby i szuka ciepła - pyta , czy ja temu jestem winny ? No i ja , ojciec jego taty, jak mu wytłumaczę swą bezradność, niemoc sprawczą wobec syna, który porzucił tako i mnie, synową i wnuka. Samo życie, powie ktoś. Pewnie tak, ale dziecku nijak to usprawiedliwić czy wytłumaczyć, zwłaszcza takiemu maluchowi. Póki co, czas spędzony z mym jedynym wnukiem, jest fajnym budującym przeżyciem, to błyszcząca żywa iskierka - patrząc na niego widzę także swe własne wspomnienia, swego ojcostwa  z dzieciństwa jego taty.

No i tak, byle do jutra.

…bogdan&ko……………………………

Obrazki Lądkowe…

luty 27th, 2010

Wysiadka, to już Lądek - mówi towarzysz z podróży, idziemy razem kilka metrów -dalej ja prosto on na prawo  cześć cześć … z tym towarzyszem, wypłynęła nauka - nie zaczepiaj rozmową mruka. Jechaliśmy razem od samej Bydgoszczy, jeden przedział, my dwaj i noc z zamiecią za oknem. Okazało się, że jedziemy do tego samego celu podróży - facet niedogolony mruk z wielkim turystycznym plecakiem i kwadratowymi bolszymi okularami - wyglądał na niezłego zmęczonego życiem trampa. Na początku rozmowa się nie kleiła, mimo licznych mych prób.W końcu przygasłem z zapale poznawczo krasomówczym, już poczołem  się sposobić do słusznego snu, wyciągnąć się na siedzeniach. Atu masz, niedoszły mruk , rozgadał się na max, tak przez całą noc do samego Wrocławia. Chciał czy nie chciał, wysłuchałem całego jego życiorysu- jak mu się darzy , darzyło, jego sądy polityczne i etyczne - istny horror .Tak z tego powodu, mocno niedospany w końcu dotarłem do celu podróży.
Długa ulica gdzieś wysoko ponad zabudowaniami w dole, to skraj parku - ośnieżonego na max… chodnik z grubą warstwą, ubitego nogami przechodniów śniegu… czapy równo ułożone na licznych ławeczkach i te pełne  kosze z odpadkami - ot było nie było świadectwo pozytywne kultury mieszkańców… cel gdzieś kilometr w dole , to stary budynek ze siedemdziesiąt miejscami dla kuracjuszy… torba ciąży coraz bardziej, pasek nośny wżyna się w ramię - cholerka jedna - daleko to jeszcze!… mijam zasapany, zmęczony, grupę roześmianych dzieci - wszak mają fajną zimę no i swe ferie… jestem w dole - jedna uliczka , mały zakręt, mostek nad Białą Lądecką - jakże leniwie płynnie sobie w dole, zaśnieżona, częściowo zmrożona lodem, no i te beztroskie kaczki baraszkujące i żerujące w niej… uff - wreszcie budynek „Jana”… zziany gramolę się do wejścia, jeszcze dyżurka pielęgniarki - uff- jestem psze pani i zgłaszam swe opóźnione przybycie na kuracje… to pan, jak nazwisko?…acha acha - szybko szybko do autobusu! - zaraz odjedzie! - tak ciupasem zapakowany, sfrustrowany zostałem przekwaterowany do san.”Jubilat” - mówiąc obrazowo takiego moloszka lokalnego, z bez mała trzystoma miejscami.

Podczłapanie do recepcji, mówię co i jak - następna odsyłaka do dysponentek pokoi - jestem dostaję klucze do tzw.studia- jest to zewnątrz budynku- uff - wreszcie będzie odpoczynek i zasiedlenie „domu” - nic z tego ! Owszem owszem, zajrzałem i zdębialem - są trzy pokoje dla sześciu ludzi, jeden prysznic i dwie umywaleczki, to mniej jak minimum standartu - no nie- tego nie ścierpię - ja tak mam spędzić bez mała miesiąc ! Do tego sam pokój ponury, zaniedbany wraz z rozlazłymi meblami - no nie - nie mam aspiracji hotelu Mariot - ale ten stan jest dobijający. Ruszam do recepcji - psze pani, ja tego pokoju nie chcę - dobrze, dobrze to tylko tymczasowo- rzecze paniusia- jak się coś uwolni to coś wymyślimy - baju baju - albo zmienicie , albo wyjeżdżam! - nic nie mogę poradzić, wyniośle szczebiocze recepcja - tak? tak! - no to idę do Zarządu Uzdrowiska- mówię i to czynię. No i co niemożliwe staje się możliwe! Administratorka, na me zdecydowne diktum, skutecznie wykonuje telefon, no i sprawa załatwiona pomyślnie , mam przydzielony cywilizowany pokój- uff wreszcie. Jeszcze tylko urażona „pani recepcja” wręcza mi klucz - że też musiał pan iść zaraz do zarządu !- mówiłam, że się załatwi! - tylko tylko nie wiadomo kiedy !- zapomniała pani powiedzieć - no i koniec jałowej dyskusji - winda , korytarz i wreszcie w „domu” - to zasłużona pauza, wypoczynek mini podróżnika- jestem zakwaterowany w zasobach san.Długopole SA w Lądku Zdrój.

Nauka i puste pytanie, dlaczego mus walczyć o tak banalne sprawy, jakim niewątpliwie jest przyzwoite traktowanie przyjezdnego, kuracjusza, nawet  tego z N.F.Z. Tak tak, nie będącym w temacie, dopowiem, że  są różne gradacje ludzi; masz portfel pełny, opłacasz sam swój pobyt sanatoryjny,  to i pełno ukłonów wobec ciebie.

Tych z zapłaty z N.F.Z. lub Z.U.S. gremialnie się lekceważy, mimo, że de fakto te fundusze utrzymują, w większości,  przy życiu właśnie te ośrodki. Na zupełnie wolnym rynku, popadały by jeden za drugim, masówka kuracjuszy ma swe zalety stabilności i długiej perspektywy, nawet najzamożniejsi indywidualni tego nie zapewnią.  Tu nasuwa się także analogia do prywatnych gabinetów lekarskich czy  szpitali, rzadko który obejdzie się bez kontraktów z „bebe” N.F.Z. Pieniądze są pieniędzmi, mimo obłudnych piań „białego środowiska”, bez tej kasy cienko by przędli, to pewnik.

Osobiście, cholera mnie bierze na takie pomieszanie interesu prywatnego z państwowym, albo to, albo to ! Nie wszystko w jednym kotle, łatwo o nadużycia i wredne podejście do pacjenta.Ten i tak zawsze pod ścianą, walczy w końcu o własne zdrowie. O moralności i etyce dzisiejszego pazernego „białego środowiska” już nie wspomnę, po prostu szkoda gadać.

Jako przykład podam; po katastrofie na Haiti, z kilku tysięcy rodzimych tam lekarzy, zaledwie kilkuset zgłosiło się do pracy w tych polowych szpitalach. O czym to świadczy, dlaczego się nie zgłosili? Domniemam, że po prostu z pobudek materialnych, społecznie zapewne nie chcieli nieść pomoc swym bliźnim, zajeli się po prostu sobą i tyle !

…bogdan&ko…………………………..

Bylejakość…

luty 25th, 2010

Tak, tak codzienność bywa wysoce monotonna , zwłaszcza jak popadnie się w bylejakość. Pierwotnie stawia się wysokie płotki do przebycia, czas upływa, systematycznie zaczynamy je obniżać. Powody są różne i różniste, zewnętrze i wewnętrzne. Na te pierwsze wpływ wręcz zerowy, ot są i nijak je zmienić.Te drugie, znaczy wewnątrz samego siebie, niby sterowalne przez nas samych, w naszej mocy sprawczej, energii własnej podległe. Wniosek, że tymi możemy dysponować do woli pozytywnie i optymistycznie, wszak to my sami, ze swymi wyborami, celami do pokonania. Niestety gdy do wyboru staniemy, są one najtrudniejsze do pokonania, to konglomerat własnych słabości, konformizmu, złudnej wręcz wygody, łatwe przestawienie się na coraz mniejszy stopień wymagań i celów - nieważne li materialne czy duchowe.

Wysłuchałem niedawno dość pokrętną teorię „dołka życiowego” , to dyskusja radiowa w temacie bezdomności, bezrobocia, ludzi tym dotkniętych. Audycja była z motywującymi przykładami, jak i słownym obrazem total doła menelskiego. Te plusy, to przykłady ludzi którzy mimo swej kiepskiej doli, mają cele i wyrywają się z tego zaklętego kręgu niemocy. Jeden ze słuchaczy, całkiem zimno i logicznie podsumował temat : nie ma co się nad tym rozwodzić, taki stan jest wpisany ustrojowo, zawsze będzie ten margines +/- 20% ludzi niedoli, to że komuś uda się z tego wyrwać, powoduje, że ktoś następny wpada w jego miejsce - taki nieustanny cykl, to są te koszty społeczne. Czy to się podoba czy nie, tak to się kręci i już. Na nic tu obłudne piania czy rozdzieranie szat, taki porządek rzeczy sami sobie fundujemy.

Byle co i byle jak, czas płynie sobie swą rzeczka, my dostosowani, sytuacją zniewoleni, płyniemy sobie płyniemy. Ciekawe kiedy wychłodzeni, mokrzy do cna, zaczniemy mieć dosyć stanu zastanego, utoniemy lub się wygrzebiemy zapewne.Tylko obmierzłe pytanie, kiedy i jak ? Dziś nasze, rozlazłe do obrzydzenia, to hydra bylejakości - rośnie szybko a maleje mikro.

…bogdan&ko……………….

Termin przydatności spo-życia…

luty 22nd, 2010

Tak to się porobiło, wsio jak nie spojrzeć, ma swą datę do spożycia. Począwszy na te banalne rzeczy, spożywcze zwłaszcza, skończywszy na najistotniejszej czyli własnym życiu- tu termin określony przeważnie genetycznie, reszta sprawa przypadku, wypadku lub codziennego niechlujstwa nieposzanowania własnego zdrowia i życia.

Marchewce, zapakowanej kaszy czy jakiekolwiek produktu, obojętne kiedy je się spożyje , niezależne jest to od jej woli, ktoś inny najwyżej dostanie czkawki czy niestrawności. Inna rzecz się ma, gdy tyczy się to tej duchowo zaszczepionej istoty człeczej, tej nie obojętne kiedy jest w pełni sił i glorii.Ta co rusz przeżywa swe rozterki istnienia, swej lubo innej potrzeby zaistnienia jak najdłużej - to mus co rusz wydłużyć ten okres przydatności, czy to wobec bliźnich czy w ogóle z głodu nieustającego ; jeszcze ! jeszcze i jeszcze!

Ta cała branża medyczno - kosmetyczno - społeczna, nic innego nie robi, jak tylko usiłuje zmienić termin spożycia. A to przecież raz tylko nadane, z góry określone granice, dalej to tylko czkawka i miraże zdrowej przydatności ; stary zużyty kapeć jest tylko śmierdzącym chłamem, stary samochód tęskni za złomowiskiem, starzec młodzieńcem już nie będzie i na nic mu żona młódka, choroba i tak swoje strawi, knot świecy żaru twego/mego życia musi w końcu zgasnąć - żaden cudowny eliksir czy klon twój , tego nie zmieni.

Słodka młoda kobieta w końcu wyczerpie swe soki, termin minie, nowi młodzieńcy już nie sięgną po ten przeterminowany owoc. Oni już wywędrują do nowych sadów, kwaśne owoce pokuszeni zerwją , dojrzałe ominą , wszak one po terminie do spożycia. I abarot, stariki dojrzali, ich dziewcze ominie : ty obleśny - ty już przekwitłeś - radości nie dasz- więcej chcesz jak możesz - czas twój minął - nawet opakowanie już zmarszczone, powiędłe masz - Twój czas minął, cześć !
Wszelako optymistycznie i praktycznie, jest forma i treść, którą się wypełnia co dnia i noc. To ten nasz czas, gdy silni i potrzebni, spełniamy siebie, chcemy, prężymy pierś i idziemy ostrożnie do przodu, oglądając się na boki, pytając coraz częściej siebie i ciebie: czy to ma przydatność  do spożycia, już właśnie mija/minęła?- czy to już czas ? co dalej ? jakie dalej? Doprawdy sfiksować można! Zapomnijmy o tym, zniszczmy te progi dat, zamknijmy oczy - otwórzmy i- i -i ujrzmy swe słońce, swą wiosnę, swą drogę bez kresu przydatności -oby.

..

…bogdan&ko………………….

Adie góry…

luty 16th, 2010

No i zleciało szybko choć nietreściwie, pobyt Lądkowy do udanych niestety nie należy.Sam nie cierpię gderania i narzekania, lecz co pech to pech. Zima niemalże stulecia, młodzi i fani sportów zimowych się cieszą, a ja sobie gderam i już .

Pomijając to iż dwa razy w to samo miejsce to ful, sama aura przyblokowała mi skutecznie możliwości. Szlaki zasypane to i maszerowania nimi mocno ograniczone, te me dokonane mini wyprawy, sa niczym wobec apetytu , z jakim tu jechałem. Ponadto brak ewidentny światła słonecznego jest wysoce dobijający, wręcz depresyjne.

No i co za tym idzie ta wymuszona bezczynność, niczym hydra rozlazła pożera czas i energię. Inną sprawą jest kolorystyka otoczenia, owszem owszem niby dominacja bieli- schludnie i czysto- to tylko pozór- drzewa szare brudne, bez krzty zieleni-nawet te iglaste jakieś poszarzałe.To wszystko wraz i z osobna daje mi nieciekawy obraz , maleńką gorycz niespełnienia nabrania dobrego drugiego oddechu do zmierzenia się z problemami mej codzienności.

Z dwa dni powrót w swe domowe pielesze, w ten koktajl spraw i spraweczek, tych drobin dużej całości, tej codzienności rytmu.Skura mi cierpnie , wyobraźnia poddaje wszelkie warianty tej nawały, której przeciwnościami zmuszony będę sprostać .Tu ostatnie godziny luzu i beztroski, myślenia o sobie samym.Z moment ruszę w drogę i me ” adie ” góry, będzie faktem realnym , jak znikające obrazy za oknem pociągu- kiedy wrócę ?- pytanie bez echa- jutra dadzą odpowiedz.

bk……………..

Komercyjna demokracja…

luty 13th, 2010

Zaiste czasy nieco kiepskie, wszystko na sprzedaż się staje lubo jest. Co rusz słychac piania pod publikę o arcy doskonałej pani demokraci. A ona ci sprzedajna jak najgorliwsza cura Koryntu, tylko miejsce - czas - sposoby sa zmienne, no i ta cena.W myśli przewodniej tej pani sa wszyscy równi wobec siebie i praw stanowionych, czy aby na pewno? Zaczyna się od drobiazgów banalnych a kończy na istotnych społecznie sprawach.

Przyczynkiem mym do takiego diktum , jest mała sprawa regulaminowa, wypłodzona przez prezesa Uzdrowiska Długopole SA. Pobyt kuracjuszy, prawa i obowiązki, reguluje regulamin- ot dla porządku. No dobrze, pomijając formalizację biurokratyczno medyczna, sprawa normalna tycząca wszystkich w danym pobycie czasowym. Tyle tylko, że bywa dośc fikuśnie wypaczana.

Ano pisze tam o powrotach wieczornych kuracjuszy, pierwotnie powrót do 23-ej. był  dopuszczalny, w końcu ludzie sa odpowiedzialni , niejeden robi sobie przed snem niezłą zaprawę marszową - inny taneczna - pomijam trunkowe to juz przegięcie naganne. Zdarzyło się, że taki osobnik nie dotarł na czas do „domu”, zmarło mu się w drodze , dostał zawał serca i zszedł…

Pierwotna wersja publicznie krzewiona przez personel, że był na bani i zamarzł utulony przez pierzynke śniegową i usnoł na wieki. Zrobił się rejwach „po domach”, no im nadinterpretacja zdarzenia , taka rzecz może się stać wszędzie i zawsze, tu poza dozorem no i wzięto się za „prawo” Długopola SA. Pan prezes z troska pochylił się nad problemem i poczynił stosowne rozporządzenie .Jednego dnia jak Lądek długi, pojawiły się komunikaty; zabrania się powrotów poza 22h- no i „wporzo”?

Jeden pasus tego  nowego rozporządzenia mnie głęboko zastanowił, mianowicie ; nie dotyczy to kuracjuszy samofinansujących vel czyt. komercyjnych.”Dom” jeden, regulamin także a tu proszę, jeżeli zapłaciłes z własnej kieszeni to furda ci tam jakieś zarządzenia. Mamy małych równych i równiejszych, obrzydzenie bierze . Delikatnie przeprowadziłem kilka rozmów z personelem, nijak żadna osoba nie mogła mi racjonalnie wytłumaczyć taką „równość”… jedna z pań administracji, owszem owszem może cos tu nie tak … ale psze pana oni dlatego inaczej traktowani bo bo przecież zapłacili ! … dobrze dobrze - odpowiadam- przecież za mnie NFZ także zapłacił ! Popatrzyła jakoś dziwnie zdziwiona, no no ale ale to nie to samo! Zaiste dziwne to myślenie , wszak pieniądze sa jedne , cóż zrobić mamy nowe targowisko , mini demokrację i wszechwładną komercję , nawet myślenie pokręcone tu na dole … popatrzmy w góre - tam także to samo.

bk…………………………

Wyprawa na Trojan…

luty 3rd, 2010

To tylko mała górka, tak siedemset metrów  nad ten poziom morza- tam dość daleko z tego punktu południa Polski . Samo miasteczko uzdrowiskowe pokrętnie położone, ciągle pod górkę.Dla ludzi nizinnych całkiem nielichy problem, zwłaszcza tych nieco wiekowych i o kiepskim zdrowiu - tu spragnionych ozdrowienia i pociechy swym stresom codziennym.

Plan był skromny, ot tak obejść łukiem poprzez las, u podstawy górki i wrócić stokiem narciarskim w dół , dalej już do ” domu ” zwanego Jubilatem.Początek według planu, ulicą leśną i dalej na szlak do Ronda Dużego - zadziwiające jak normalne szlaki i miejsca tam, zapożyczają nazwy wzięte z Kodeksu Drogowego, właściwe gdy duży ruch, tu tylko pieszy- co do pory i miejsca tylko zapaleńców nawiedzonych.

Od ulicy jedno wejście na szlak Trojana, już przedeptane i kuszące… z godnością zasapaną wyniośle je ominełem, idąc przetartą pługiem drogą, co prawda leśną ale zawsze droga.Im dalej w las tym więcej ciszy , śladów zwierząt i szumy wiatru pomiędzy konarami, wysiłek w miarę do pokonania , wyziewy pary z ust , wdech- wydech- para potu wyziewa powoli z pod kurtki- idziemy i podziwiamy naturę .

Wreszcie dotarłem do „Ronda” … tu pług zakręcił i pojechał sobie nazad… mała decyzja - idę po śladach narciarza , co rusz zapadam się na słabo ubitym śniegu, cierpliwie idę dalej, tak ze sto metrów - z boku widzę wejście na szlak Trojana - wejść , nie wejść - wchodzę na wąski mało przedeptany szlak- ot tak sobie i z marszu.

Ta wąska ścieżka wiła sie cierpliwie pomiędzy drzewami - tak w górę i górę - zapadanie się w śniegu - podpieranie się kijkami- po bokach ściana śniegu miejscami do metra- skupienie uwagi na ścieżkę - nagle jakiś odgłos; dzień dobry ! - to powitanie wędrowców idących już z góry- cała grupa młodych ludzi - lekko i wesoło z całą swa mocą poznania i młodości- me pytanie ;daleko jeszcze na szczyt i taras widokowy?… popatrzał na mnie - no no tak dwadzieścia minut …no może pól godziny- uczciwe uwzględnił me zasapanie i wiek… tak, ze dziesięć minut do górki - następne spotkanie - to już równie zawzięty mój równolatek- wymiana życzliwych słów i w drogę - czas już popołudniowy, bliżej końca dnia… wachanie czy nie wrócić - ale słowa mijanego że warto gdyż jest słońce i ładny widok- skłania do wytrwania.

Prawie mała polana - ostro w górę - kilka prawie pionowych podejść- no i wreszcie jest taras widokowy… panorama lasów, gór, dolinek , w dali masyw Śnieżnika - z lewej strony postrzępione białe chmury - niczym masyw wysokich gór-nadchodzące, nadlatujące smugowe ciemne chmury zapowiadające śnieżyce- wprost jasne gorejące słońce i czyste niebo- naprawo dolinka z drogami prowadzącymi na Międzygórze, Jaskinię Niedzwiedzia czy Kopalnię Uranu… postałem tam sobie dobre kilkanaście minut - tak w zupełnej samotności - chłonąc krajobraz , tą szemrzącą ciszę , ledwo delikatnie przerywaną wiatrem wymiatającym  czapy śniegu, drzewa z ulgą i chetnie pozbywającymi się tego dodatkowego ciężaru…jeszcze kilka fotek i w drogę powrotną - choćbym nie chciał to proza i fizjologia wysilku zmusza do tego - prozaicznie byłem mokry od wlasnego potu - kurtka na zewnątrz cała przemokła - nic tylko jeden balsam kompresowo wodny- tyle dobrego że stopy zabezpieczone solidną wełnianą skarpetą miały się dobrze- no to wracamy.

Na powrocie to już ulga , bo to przeciez już z góry- teraz zupełnie bez nadziei spotkania kogokolwiek oraz wraz ze zmierzchem- nic to przecież ścieżka niczym koryto i bieli… tak  sobie o wiele lżej i dziarsko; wszak zdobyłem szczyt!

Po dojściu  do drogi leśnej skręciłem w prawo do stoku narciarskiego - okazał się niespodzianie blisko- trak równający zbocze wyglądał dość niesamowicie - jego reflektory, migające pomarańczowe ostrzegawcze , dawały obraz ogromnego pełzającego , mruczącego żuka, pochłaniającego śnieg, naruszającego groźnie cisze lasu.

Jeszcze ostatni wysiłek, pokonanie nie nartach , lecz nogach stoku narciarskiego- dla narciarza im ostrzejszy tym większa frajda- dla mnie raczej nie - boczkiem -boczkiem, wolno - wolno - wolno, momentami ciach - tonąc w zaspie byle do dołu- parę solidnych zachwiań- bokami szusujący zawzięci saneczkarze i wieczorni narciarze- stok jasno oświetlony - warkocząca jazda na sankach motorowych, ci dawali do wiwatu swymi wariackimi slalomami z kitą śniegu z pod pojazdu. No i wreszcie dół i ulga, byłem i zdobyłem.

Dalej jeszcze kilkaset metrów wzdłuż potoczku, ścieżką pomiędzy działkami , ledwo przedeptaną nielicznymi spacerowiczami, slalom ostro pod górę , mijam dom dyrekcji Uzdrowiska- wpadam cały mokry do „domu” i fin wyprawy. W pokoju zrzucenie mokrych rzecz, prysznic i wracam ponownie do codzienności, choc nieco zmęczony to zadowolony tak jak sportowiec pierwszy na mecie .

..

bogdan&ko……………………….

« Wcześniejsze wpisy